Pamietna biesiada we dworze w Rytelskim Jagodniku 1727

Pamietna biesiada we dworze w Jagodniku 1727



Kilkunastu jezdzcow i woz wjechalo na dziedziniec przed modrzewiowym dworem podczaszego nurskiego Franciszka Oldakowskiego w Rytelach na Podlasiu. Zakrzatneli sie zraz pacholiki i sluzba odbierajac od gosci znuzone letnim upalem i przebyta droga konie. Na spotkanie ze wlasnie przybylym do Jagodnika starosta budziszewskim Tarczynskim wybiegl sam gospodarz wielce rad, ze ow wlasnie tutaj postanowil odpoczac i przenocowac, wiele nowin ktorych mu ostatnio bylo brak obiecywal sobie uslyszec z ust tak obytego w swiecie goscia, a i okazja do wyprawienia swietniejszej uczty i zabawy nadarzala sie przednia. Wiec zarowno gospodarze jak i goscie cieszyli sie ze sposobnosci jak sie nadarzyla.

Hajdukow, ktorzy byli z Tarczynskim wyprawiono do izby sluzebnej, pozostalych gosci na pokoje proszono, by z goscinnosci staropolskiej skorzystali. Juz na wstepie wyjasnilo sie, ze starosta jest w drodze do Gdanska, gdzie wlasne interesy chce sfinalizowac i pieniadze za wyslane zbiory ustalic i odebrac osobiscie. Zdrozony a zacny gosc przeplukawszy gardlo szklanica piwa przedniego zdawal sie w przekazywaniu, w tym istnym potoku slow, informacji i nowinek nie ustawac, jakby czujac ze sluchacze rzadni sa tego.

O gospodarce i polityce...

O czym rozmawiano jeszcze przy stole suto zastawionym jadlem. Napewno o wyzej spomnianych sprawach gospodarczych, koninkturze na zboze splawiane glownie do Gdanska, wszak Tarczynski wlasnie tam zmierzal. Mowiono tez i to duzo o polityce, tej ogolnopolskiej jak i regionalnej. Zarowno Oldakowski jak i Tarczynski nalezeli do srednio zamoznej szlachty i sympatyzowali obalonemu krolowi Stanislawowi Leszczynskiemu, majac nadzieje na jego rychly powrot na tron. Krytykowano unie personalna z Saksonia zawiazana w 1697 roku, krola Augusta II Mocnego (panowal z przerwami do 1733) i jego poczynania, zwlaszcza te dawniejsze, czyli wplatanie Rzeczypospolitej w     III Wielka Wojne Polnocna (1700-1721), niedawno zakonczona pokojem, bitwy ze Szwedami tj. pod Narwa z 1700 r., bitwe pod Ryga, gdzie Szwedzi rozgromili wojska Rosji i Saksonii, oraz ta z 1702 r. zwana bitwa pod Kliszowem, gdzie August II poniosl calkowita kleske. Potem czasy Leszczynskiego (1704-1709), ktory w wyniku generalnej kofederacji antysaskiej i okupacji Szwedzkiej zostal zdetronizowany i koronacje Stanislawa Leszczynskiego w Warszawie z 1705 r. dzieki poparciu Karola XII i porazke tego ostatniego pod Poltawa oraz powrot Augusta II do Rzeczypospolitej wsparty przez cara Piotra Wielkiego.
Jeszcze dzis wsrod uczestnikow biesiady w Jagodniku budzila ogromne emocje Konfederacja Tarnogrodzka z 1715 r. wymierzona przeciw rzadom Augusta II Wettina i jego probom zaprowadzenia absolutyzmu oraz tzw. Sejm Niemy z 1717 r. ktory trwał zaledwie jeden dzień, a do głosu nie popuszczono nikogo oprócz lektora czytającego traktat. Od tej chwili związek między Saksonią a Polską miał mieć charakter tylko unii personalnej. Ministrowie sascy nie mogli ingerować w sprawy polskie, a Polacy w sprawach saskich. Armia polska 24tys.  wojska saskie musiały opuścić ziemie polskie, ograniczona zakres kompetencji hetmanów, sejmików w polityce zagranicznej i skarbowej. Budżet państwa ustalona na 10mln. Król nie mógł opuści kraju na dłużej i wywalać wojny bez zgody sejmu. Milalo tez wlasnie 7 lat od chwili, kiedy to w 1720r. w Poczdamie Rosjia i Prusy, postanowily utrzymać dotychczasowy ustrój Polski za wszelka cene. Co swiatlejsi zaczynali sobie zdawac sprawe ze Rzeczpospolita chyli sie ku upadkowi i trzeba w tej sprawie zaczac dzialac. A ze nieustanie w gore szly kielichy, rozmowy musialy byc zywe i czesto na granicy klotni i swary prowadzone.


Jak wtedy biesiadowano na dworach szlacheckich? Ano nie zalowano sobie niczego. Posluchajmy jak to opisuja zrodla odnoszace sie do tamtej epoki:

"W czasach gdy było niewiele zajazdów i miejsc, gdzie można było zatrzymać się w podróży; a i te, które były zazwyczaj nie dawały odpowiednich warunków na wypoczynek, szczególnie dla wyższych stanem; zwyczajem podróżującej szlachty było zatrzymywanie się w dworach leżących w odwiedzanej okolicy. Każdy szlachcic, który do takiego dworu zajeżdżał mógł być pewien dobrego przyjęcia i gościny. Gościnność, tak sławiona przez obcokrajowców, którzy odwiedzili Polskę, była starym zwyczajem, który nakazywał witać dobrze każdego przybywającego w progi szlachcica. U podłoża tego zwyczaju leżał odmienny od dzisiejszego stosunek do czasu, którym, szczególnie w pewnych porach roku, dysponowano w nadmiarze, oraz dostatek produktów spożywczych. Wizyta była również formą rozrywki, goście przerywali codzienną monotonię, przynosili wieści z kraju i ze świata, nowe tematy do rozmów, czyli rzeczy jak najbardziej pożądane.

Oczekiwanych lub ważnych gości witano uroczyście, oczekując ich na progu w odświętnym stroju, wprowadzając do domu, wygłaszając mowy. Jednak jednym z najważniejszych obyczajów było podanie gościowi wina. Tak więc zaraz po wejściu do domu hajduk przynosił wino i kielich, który spełniano wzajemnie się całując, po czym hajduk wnosił kolejne butelki i kielich większego rozmiaru. Gościna trwała często kilka dni, nawet jeśli gość tego nie planował, nie znał wcześniej gospodarza i jedynie przejeżdżał w okolicy jego włości. Pojęcie straty czasu było całkowicie obce przedstawicielom szlachty XVII i XVIII wieku. Przez te dni urządzano uczty i biesiady, które odgrywały bardzo ważną rolę w kulturze szlacheckiej tego okresu. Przy stole rozwiązywały się języki, prowadzono ożywione dyskusje, weselono się, bawiono. Tu można było dowiedzieć się czegoś nowego, posłuchać o życiu politycznym, wojnach, ciekawych przygodach współbiesiadników, załatwiano rozmaite sprawy, zarówno osobiste jak i publiczne. Stół i biesiada stały się nieodłącznym elementem życia.

Stoły biesiadne ustawiano najczęściej w podkowę. Według tradycji musiał taki stół być okryty obrusem. Jeśli gospodarz pominął ten element goście czuli się urażeni co czasem kończyło się odmową siadania do uczty. Cudzoziemcy, którzy z ciekawością obserwowali ten zwyczaj, stwierdzali, że stół biesiadny okryty był „trzema bardzo cienkimi i pięknymi obrusami”. Wystawność nakrycia świadczyła o zamożności domu i chęci uczczenia gości przez gospodarza. Stoły zastawiano misami, które początkowo były cynowe, a jedynie w domach możnych srebrne. Talerze, początkowo często gliniane i drewniane, później zastępowane były również przez cynowe.
Obowiązkiem gospodarza była „prynuka” czyli zapraszanie i namawianie gości do częstowania się jedzeniem i napojem, często przybierające formę natarczywą, czy nawet, w skrajnych przypadkach, formę przymusu. Jeśli owej „prynuki” nie było lub nie była ona wystarczająco gorliwa, zwyczaj nakazywał jeść niewiele i raczej niechętnie przez co zdarzały się narzekania na biesiady gdzie mimo suto zastawionego stołu goście wstawali nienasyceni ponieważ jak mówili „prynuki nie było”.

Tlusto i suto, toastow nie zalujac

"Co do potraw to ich ilość i jakość zależała oczywiście od majętności gospodarza. Starano się jednak by było ich jak najwięcej. Za najbardziej wartościowe i smaczne uważano mięso, które stanowić miało podstawę jadłospisu. Jedzono mięsa wołowe, wieprzowe, baranie, drób, króliki, dziczyznę (łosie, żubry, sarny, dzikie kozy, jelenie, dziki, zające). Spory był również asortyment ryb, które jak twierdzili obcokrajowcy były specjalnością polskich kuchmistrzów. Wśród podawanych dań były szczupaki, karpie, brzany, pstrągi, czeczugi, jesiotry świeże, słone i wędzone, łososie świeże i wędzone, sztokfisze, dorsze, śledzie, a także, za sprawą wpływów wschodnich, ostrygi, żółwie, raki, kawior, ślimaki i żaby (podobnie jak w przypadku łosi czy żubrów trafiały one na stoły jedynie bogatej szlachty). Z ptactwa były to bażanty, kwiczoły, głuszce. Jedzono dużo warzyw jak kalafiory, karczochy, szparagi, kalarepę, kapustę, selery, ogórki, ćwikłę, kaszę i groch. Na przełomie XVII i XVIII wieku pojawiają się też na stołach najbogatszych ziemniaki zwane „tartoflami”. Wszystko to doprawiane było bogato przyprawami i korzeniami, których spożycie w tym okresie było duże, jednak wbrew obiegowej opinii nie przewyższało znacznie standardów europejskich, oraz sosami, czyli gąszczami. Z innych produktów pojawiało się jeszcze wiele owoców, również egzotycznych jak pomarańcze, cytryny, figi, daktyle, oraz spore ilości grzybów. Lubiano zdecydowane smaki kwaśne, słodkie, słone, lubiono też jeść tłusto.
W tamtych czasach każdy nosił łyżkę ze sobą. Jeżeli ktoś nie miał łyżki to mógł pożyczyć od współbiesiadnika lub robił sobie łyżkę ze skórki od chleba. Widelce nazywane „widełkami” trafiły do Polski na początku XVII w, a powszechnie zaczęły być używane pod koniec stulecia. Na głównym miejscu za stołem zasiadał gospodarz. Najdostojniejsi goście siadali obok niego, mniej dostojni dalej, a ci najmniejsi na obu końcach stołu. Ta sama kolejność obowiązywała też przy serwowaniu potraw.

Toasty też wznoszono w ustalonej kolejności. Najpierw pito zdrowie króla jegomości, prymasa, królowej, gospodarza, miłych gości, imć wojskowych, panów palestrantów itd. Zwyczaj kazał by każde zdrowie pito z innego kielicha. Gospodarz wznosił toast i puszczał kielich w obieg. Ten kto wypił do dna nalewał ponownie i przekazywał kielich sąsiadowi. Bywało, że gdy ktoś chciał uczynić komu honor to po wypiciu rozbijał kielich o podłogę lub o własną głowę na znak, że już nigdy nikomu nie godzi się pić z tego kielicha. Gdy biesiadnicy byli już dobrze pijani wznosili nieraz toasty z trzewiczków panieńskich, a nawet butów dygnitarskich.
Powszechnym zwyczajem na ucztach sarmackich była tzw. przynuka, czyli zmuszanie do picia. Szlachcicowi, który uchylał się od picia dolewano siłą do kielicha i krzykiem lub groźbami zmuszano do picia. Dawano mu spokój dopiero wtedy gdy padał całkowicie pijany. Profesor Zbigniew Kuchowicz w swojej książce „Obyczaje staropolskie XVII – XVIII w.” tak opisuje finisz szlacheckiej uczty: „ci, którzy trzymali się jeszcze na nogach, urządzali nieopisany harmider, w alkoholowym zamroczeniu tłukli szyby, szklanki, gasili świece, porywali się czasem do szabel i obuchów, płazowali służbę, wyrywali sobie włosy z czupryn, pojedynkowali się”.

Rzecz o diamentowej spince

A kiedy panowie szlachta juz niezle w czubie miela dochodzilo tez do wielu dziwnych, czasem smiesznych zdarzen, ktore potem interpretowano z iscie szlachecka fantazja. Nie inaczej zdarzylo sie i we dworze podczaszego Franciszka Oldakowskiego, ktory goscil staroste Tarczynskiego.

„Pod koniec XVII w. jeden z większych majątków w Rytelach miała rodzina Ołdakowskich. Należały do niej m.in. wioski (lub ich części) Rytele Olechny, Wólka Rytelska, Prochnów oraz częśc Ryteli Świeckich i Toś. Mieli w sumie 79 poddanych”. Ks. Paweł tak opisuje wydarzenie, które miało miejsce we dworze Franciszka Ołdakowskiego właściciela tutejszych włosci: „W 1727 r. starosta budziszewski – Tarczyński gościł we dworze Ołdakowskiego w Jagodniku. Podczas biesiadowania zaginęła mu diamentowa spinka pod szyję warta sto talarów. Poszukiwania okazały się bezowocne. Tarczyński zmartwiony stratą udał się w dalszą podróż do Gdańska. Atmosfera w domu gospodarzy stała się przykra ponieważ cień podejrzeń mógł paśc i na domowników. W takiej sytuacji Franciszek Ołdakowski słysząc o cudach i nadzwyczajnych łaskach otrzymywanych w miedzyńskim sanktuarium powierzył matce Boskiej Pocieszenia tę sprawę. Gdy Tarczyński wracał z Gdańska znów zatrzymał się we dworze w Rytelach. Jak wielka była radośc, gdy w trakcie przyjęcia, w szparze między deskami taboretu dostrzeżono diamentową spinkę. Przebieg tego zdarzenia zrelacjonowany przez Franciszka Ołdakowskiego spisano 14 września 1727 r. w księdze cudów sanktuarium Matki Bożej w Miedznej.”

W osiemnastowiecznej Ksiedze Cudow z Miedznej tak to staropolszczyzna zapisano:
"Die 14mbris zeznal Wielmozny Imc P. Franciszek Oldakowski Podczaszy Nurski, ze we dworze jego w Rytelach iadacemu do Gdanska Wielmoznemu ImCi Panu Tarczynskiemu Staroscie Budziszewskiemu zginela byla od szyie spinka Dyamentowa voloris sta bitych talerow  polecana przez pomienionego Im Pana Podczaszego Nurskiego, taz spinka do obrazu tuteyszego w kilka Niedziel w dzien powrotny z Gdanska podczas wieczerzy w taborku, cudownym sposobem znalazla sie spinka, y in szepriodigium, ktore sie tu ob. (sic) obseruantium certae Personae rattione Blasphemiae tego obrazu nie kladzie, co sie dzialo w drodze gdanskiej Wilmozne Podczaszy Nurski sub Corporali luramento in Tytura Commysiono deklarowal zeznac"

A co dzialo sie z feralna diamentowa spinka naprawde - Bog raczy wiedziec. Bardziej prawdopodobne, iz ta ktorys ze slug lub domownikow znalazl i moze chcial przywlaszczyc, ale skruszony albo przylapany oddal, a cala sprawe zatuszowano i "pomiedzy cuda wlozono", by skandalu nie wywolac i cudownie zostala odnaleziona, gdy Tarczynski znow wstapil do Jagodnika w drodze powrotnej z Gdanska. Potem na intencje dano i tak powstal w Ksiedze Cudow z Miedznej ow przytaczany wczesniej zapis. W XVIII w. mentalnosc ludzka byla o bardziej skomplikowana niz to sie moze nam dzis wydawac. A powiedzenie "Panu Bogu swieczke i diablu ogarek" pasuje do tego jak najbardzej. Po nieszczesciach najazdu szwedzkiego, epidemiach i kleskach nieurodzaju jak nigdy wczesniej przed sredniowieczem mnozyly sie stowrzyszenia religijne i religijnosc na pokaz. Wielka czcia otaczano zas lokalne sanktuaria i cudowne obrazy, a tylko w tutejszej okolicy oprocz Miedzny do tej rangi pretendowal i Lazowek i Prostyn.

Obaj bohaterowie tego artykulu doczekali sie w 1733 roku krotkiego powrotu na tron Stanislawa Leszczynskiego, jego ponownego obalenia, uczestniczyli zapewne w Konfederacji Dzikowskiej, moze nawet aktywnie brali udzial w walkach i obaj z niechecia widzieli na wlasne oczy jak August III Wettin, syn Augusta Mocnego zasiadl na tronie Rzeczypospolitej, co potwierdzil sejm w 1736 r. konczycy bratobojcze walki i obca interwencje wojskowa.


ADAM OLDAKOWSKI
DARIUSZ KOSIERADZKI